czwartek, 1 maja 2014

Bracia. Część pierwsza

            Rok 1949 był dla mnie i dla mojej rodziny łagodnie mówiąc, gówniany. Najpierw stracił pracę mój starszy brat, Dean. Nie, żeby go wywalili dyscyplinarnie, czy coś. Zwykła redukcja etatów. Choć właściwie powinno się to nazwać rzezią niewiniątek, ponieważ Illinois Aviations jednego tylko dnia wyrzuciło na ulicę ponad siedmiuset pracowników. Spadek zamówień, te sprawy. Ale ok, to jeszcze nie koniec świata, miałem przecież trzech innych pracujących braci, no i sam czasami przynosiłem jakieś drobniaki do domu. Trzymaliśmy się razem, cała piątka rudych chłopów. Rodzice zginęli w wypadku kolejowym ponad dziesięć lat temu – eksplodował moduł napędowy w SkyRunnerze, którym wracali z delegacji. Od tego czasu wychowywał nas właśnie Dean. Nas, czyli dwudziestotrzyletniego Evana, dwa lata młodszego Seana i Patricka, który był rok starszy ode mnie. Z racji koloru włosów wszyscy przezywali nas Czerwonymi O’Brienami. W zasadzie wolałem, kiedy tak na mnie wołano, niż posługiwano się właściwym imieniem. Co też rodziców podkusiło, żeby mnie nazwać Cathal… Może w Starym Kraju to coś znaczyło, jednak tutaj był to tylko debilny wyraz, z którego wszyscy się śmiali.


Jak wspomniałem, bezrobocie Deana nie było końcem świata. Jednak kiedy niedługo później następny w kolejności starszeństwa Evan wrócił z pracy z grobową miną, sytuacja stała się nieciekawa. Już wcześniej mieliśmy problemy ze spłatą wszystkich rachunków. Mieszkaliśmy wtedy na obrzeżach miasta Aurora, w czymś, co dawno temu nazywano Pajęczyną, obecnie zaś Autonomicznym Zespołem Mieszkaniowym numer 381. Był to kompleks potężnych, ponad dwustupiętrowych wieżowców, połączonych siecią mostów i kładek. Zgodnie z nazwą, każdy z nich stanowił coś w rodzaju małego miasta, posiadającego sklepy, szkoły, parki umieszczone na tarasach i parkingi autolotów. Mieszkania różniły się stawką czynszu w zależności od położenia nad poziomem gruntu. Nietrudno się domyślić, że żyliśmy blisko parteru, wśród syfu, narkomanów, gangów, oddychając mieszaniną spalin, wyziewów z półlegalnych warsztatów i ludzkich odchodów. Niżej od nas mieszkali już tylko dzicy lokatorzy, których nikt nie miał odwagi wyrzucić. Krótko mówiąc, nie można było naszej rodziny nazwać miliarderami. A miało być jeszcze gorzej. Przy stałej pracy utrzymywali się teraz tylko Patrick, zarabiający grosze w warsztacie autolotowym i Sean, który pracował jako wykidajło w jednym z klubów. Dean i Evan robili, co mogli, by wspomóc braci, jednak poza kilkoma okazyjnymi robótkami nie potrafili znaleźć stabilnego źródła dochodów. Jakkolwiek ciężko było w to uwierzyć, groziła nam eksmisja.

I tak mogłem mówić o szczęściu. Miesiąc wcześniej skończyłem 17 lat, więc w świetle prawa byłem już pełnoletni. W przeciwnym razie groziłaby mi przeprowadzka do domu dziecka, z racji „nie zapewnienia należytych warunków przez opiekuna prawnego”. Przez takie pierdoły wiele dzieciaków z porządnych, ale biednych domów lądowało w „wylęgarniach dieselpunków”, jak określano te radosne przybytki. Gówniażeria uczyła się tam kraść, oszukiwać i bić, poznawała sekrety życia na ulicy, a po osiągnięciu pełnoletności od razu dołączała do tych psychopatów w goglach. Ot, system.

***

Zbliżała się zima. W Aurorze oznaczało to dotkliwy mróz i hałdy śniegu na ulicach i pomostach. Ogrzewanie centralne było obecne w mieszkaniach dopiero od trzydziestego piętra wzwyż. Mieszkający poniżej tego poziomu musieli dogrzewać się piecykami na ropę. Ponieważ gotówka szybko się kończyła, podobnie jak zapasy na czarną godzinę, musieliśmy oszczędzać na wszystkim. Zresztą, nie tylko my. Radio i gazety zaczęły przebąkiwać coś o kryzysie finansowym, największym od kilkudziesięciu lat. Nieliczne dobre dusze, które czasami wspomagały nas finansowo, również potraciły pracę. Zaczęto mówić o zagrożeniu energetycznym, brakach dostaw, coś o polityce, obcych mocarstwach zbrojących się za oceanem…
W tym momencie musze się do czegoś przyznać. Co prawda najpierw rodzice, a później Dean dbali o nasze wykształcenie, nigdy jednak nie byłem orłem w szkole. Historia i angielski jakoś nie wchodziły mi do głowy, z geografii i geopolityki byłem zaś całkowitą nogą. Ponieważ nie zanosiło się na to, żebym kiedykolwiek wyjechał gdzieś dalej, niż do Chicago, uznałem, że nie potrzebna mi jest szczegółowa wiedza o innych państwach. Jedyne, z czym sobie radziłem całkiem nieźle, to matematyka. Chciałem zostać inżynierem, jak dwaj najstarsi bracia, a do tego znajomość tej dyscypliny była niezbędna.  Kułem więc wzory, uczyłem się przekształceń i przygotowywałem do egzaminów wstępnych na studia. Oczywiście nie było mowy o normalnym płaceniu za czesne: musiałem znaleźć się w trzech procentach najlepszych kandydatów, żeby liczyć na stypendium.

To był dwudziesty ósmy dzień listopada, jeśli dobrze pamiętam. Popołudnie, jak każde inne: przyszedłem dopiero co z magazynu, gdzie za grosze zamiatałem podłogę, zjadłem obiad i siadłem do wspólnego stołu, rozkładając przed sobą zeszyt i tabele z wykresami. Evan przeglądał gazetę, szukając ofert pracy, Sean spał, zbierając siły przed robotą w klubie, a Patrick siedział przy gołej żarówce i rozbierał na czynniki pierwsze turbinę stabilizacyjną do Pegaza 3000. Prosiliśmy go wielokrotnie, żeby nie przynosił warsztatowych śmieci do domu, jak widać, bez skutku. Deana nie było, od rana chodził od firmy do firmy, roznosząc kopie swojego życiorysu i listów polecających z poprzedniego zakładu. Atmosferę skupienia i nauki przerwał nagle odgłos wyładowania elektrycznego i towarzyszące mu głośne przekleństwo.

- Pat, weź się gdzieś schowaj z tym złomem z łaski swojej – rzucił Evan, nie podnosząc oczu znad gazety.
- Akcelerometr turbiny się zesrał – poinformował Patrick, mimo, że nikogo nie obchodziła przyczyna hałasu. – Na jutro musi być gotowy, a w warsztacie pizga. Szef znów zapomniał kupić paliwa do ogrzewaczy.
- Co mnie obchodzi, że pizga – burknąłem, wkurzony, że po raz kolejny nie wychodzą mi obliczenia. – Muszę się uczyć, a do tego potrzebuję spokoju.
- Chcesz mieć spokój, młody, to spadaj na korytarz – odpyskował Patrick, zabierając się z powrotem do naprawy.
- Ej, może sam spadaj…
- Co jest, do cholery, czemu drzecie ryje i nie dajecie mi spać? – Sean wypadł z sypialni, ubrany tylko w gacie i biały podkoszulek. – Zaraz obu wypieprzę na korytarz, jak się nie uspokoicie.

Zamilkliśmy i wróciliśmy do swoich zajęć. Problem z Seanem był taki, że dotrzymywał składanych obietnic. A ponieważ był z niego kawał byka, wystawienie nas obu za drzwi jedną ręką nie sprawiłoby mu większego problemu. Zresztą dość często służył Deanowi za umięśnione ramię sprawiedliwości, kiedy odwalaliśmy z Patem jakieś większe głupoty.
Cisza nie trwała jednak zbyt długo. Naprawiany akcelerometr najwyraźniej postanowił zesrać się jeszcze raz, sypiąc efektownie iskrami i wywołując niekontrolowany potok bluzgów, zarówno po angielsku, jak i w shelta, języku osadników przybyłych ze Starego Kraju. Przeczuwając, że skończy się to olbrzymią awanturą, zebrałem szybko swoje klamoty do torby i zacząłem się zbierać do wyjścia. Dobrze zrobiłem, bo dokładnie w tym samym momencie z pokoju wypadł wściekły Sean i zaczął wyzywać na brata. Evan z niesmakiem popatrzył na awanturujące się rodzeństwo i wstał od stołu, dostrzegając przy tym, że kończę wiązać buty.

- A ty dokąd się znów wybierasz? – zagaił.
- Mam już powyżej uszu ich wrzasków – odpowiedziałem, sięgając po ciepłą, lotniczą kurtkę, którą dostałem w prezencie na szesnaste urodziny – idę się uczyć do biblioteki. Wrócę za jakieś dwie, trzy godziny.
- Tylko się nie włócz znowu po dolnych poziomach, nie będziemy cię szukać pół nocy, jak ostatnio.

Nic na to nie odpowiedziałem, tylko sprawdziłem, czy mam ze sobą klucze i wyszedłem z mieszkania. Nie chciałem prowokować kolejnej dyskusji na temat mojej przygody. Fakt, że nie popisałem się wtedy. Wsiadłem do złej windy i zamiast dostać się na czterdzieste piętro, gdzie mieścił się parking autobusów do Centrum, zjechałem na poziom ulicy. Zanim udało mi się dotrzeć do względnie bezpiecznego miejsca, minęło wiele godzin, podczas których kilka razy próbowano mnie okraść, zaproponowano dziesiątki rodzajów narkotyków i ofertę namiętnego stosunku z czymś, co tylko w niewielkim stopniu przypominało człowieka. Nie muszę dodawać, jaki opieprz czekał mnie w domu, kiedy w końcu Dean znalazł mnie błąkającego się gdzieś w pobliżu Elektrowni, budynku doklejonego do wschodniej części AZM-u. Od tego czasu nawet po osiągnięciu pełnoletności bracia krzywo patrzą na moje samodzielne eskapady.

Tym razem miałem jednak krótszą i prostszą drogę do przebycia. Po wyjściu z mieszkania skierowałem się do windy 352, która zawiozła mnie trzy piętra wyżej. Tam przeszedłem kładką dla pieszych, spinającą Budynek Mieszkalny "B" z Budynkiem Usługowym "D", gdzie na sześćdziesiątym siódmym piętrze mieściła się sekcja edukacyjna: biblioteka, podstawówka i liceum. Nie lubiłem tam chodzić, głównie z powodu niemiłych wspomnień z okresu szkolnego. Z racji pochodzenia i posiadania dziwnego imienia nigdy nie byłem najpopularniejszym dzieciakiem. Dodatkowo honor nie pozwalał mi na bierne wysłuchiwanie obelg pod adresem Starego Kraju i braci, więc często wdawałem się w bójki. Gdybym dostawał dolara za każdym razem, kiedy lądowałem u dyrektora, byłbym teraz bogaczem. Nie można się zatem dziwić, że po skończeniu szkoły starałem się unikać tych okolic. Tym razem jednak nie miałem wyjścia. Dojechałem windą na właściwe piętro i wszedłem do ozdobionego płaskorzeźbami holu biblioteki.

8 komentarzy:

  1. Kolejne ciekawe opowiadanie się zaczyna, z niecierpliwością czekam na kolejne części :) Świetnie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyłączam się do powyższego komentarza :)

      Usuń
  2. Powiem tak: kiedy zaczęłam czytać, byłam nastawiona dość sceptycznie: "ot, męska paplanina", ale z zasady, że nigdy nie porzucam książki (tutaj rozdziału) przed jej końcem, dzielnie dobrnęłam do ostatniego zdania. I muszę przyznać, że zafascynowało mnie to, co napisałeś. Pierwszy raz z czymś takim się spotykam, więc nie umiem jeszcze określić, czy mi się podoba, czy nie, ale mam nadzieję, że kolejny rozdział będzie na równie dobrym poziomie.
    Dodam jeszcze tylko, że bardzo podoba mi się prostota Twojego języka (nie zrozum mnie źle, mam na myśli pozytywne tego znaczenie :) )
    Czekam na kolejny rozdział!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podoba. Język jest taki, a nie inny, bo narratorem jest siedemnastolatek, który sam przyznaje, że nie lubi się uczyć :) W poprzednich tekstach język narracji wygląda inaczej.

      Usuń
  3. Narwani, w gorącej wodzie kąpani Irlandczycy? Oj, może się dziać.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ta piątka przypomina mi trochę braci, też Irlandczyków, z GTA IV. Tak jakoś mi się to skojarzył z nimi.
    Jestem ciekaw co się przydarzy Cathalowi. Dostanie wpier..., tego jestem pewien. Albo jakiś bogaty jegomość zaproponuje mu robótkę, może i niezbyt legalną, ale dobrze płatną. Ewentualnie ktoś go porwie i pozostali bracia znowu będą wściekli, że nie wraca o normalnej godzine.
    A.J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szlag, to teraz muszę wymyślić coś innego, bo wyjdzie, że jestem przewidywalny :P

      Usuń
  5. nie lubię z reguły czytać opowiadań, ale to jest interesujące :)

    OdpowiedzUsuń