sobota, 10 maja 2014

Bracia. Część druga

Normalnie nie mam problemów z większością obliczeń. Wzory wchodzą mi do głowy automatycznie, cyfry układają się przed oczami jak na zawołanie. Choć większość ludzi nazywa to smykałką do matematyki, dla mnie to wszystko jest po prostu logiczne i nie wyobrażam sobie, że dla kogokolwiek może stanowić czarną magię. A przynajmniej tak było zazwyczaj. Dzisiaj jednak mój mózg pracował na zwolnionych obrotach. Wyniki się nie zgadzały, wzory nie pasowały, wspaniały świat liczb zamiast przemawiać do mnie, jak to zawsze czynił, tym razem wypiął się dokumentnie.

Westchnąłem i przeciągnąłem się głośno, nie zwracając uwagi na pełne oburzenia posykiwania innych użytkowników biblioteki. Siedziałem już tu prawie cztery godziny, na dworze zrobiło się ciemno dawno temu. Wstałem od biurka i ruszyłem na krótką przechadzkę między rzędami regałów, chcąc trochę rozruszać kości. Biblioteka nie była zbyt duża, obejście wszystkich działów zajęło mniej, niż kilka minut. Kiedy mijałem sekcję geologiczną, usłyszałem czyjąś konwersację. Dwóch mężczyzn kłóciło się zawzięcie, usiłując przy tym zanadto nie podnosić głosu. Nie miałem zamiaru podsłuchiwać i już zacząłem się cichaczem wycofywać, gdy nagle dotarł do mnie fragment wypowiedzi jednego z nich: „Musimy przyśpieszyć operację, FBI zaczęło węszyć”.

Odruchowo schowałem się za książkami. Szlag, że też zawszę muszę się pojawiać w nieodpowiednim miejscu i złym czasie! Rozsądek podpowiadał mi, że trzeba stamtąd spieprzać, póki ci goście nie zorientują się, że nie są sami. Mój problem jednak polega na tym, że rzadko kiedy jestem rozsądny. Zamiast udać, że nic nie słyszałem i cichutko się oddalić, przyczaiłem się po drugiej stronie regału. Odsunąłem wysłużony egzemplarz „Geomorfologii” Sydneya E. Humpfreya i przyjrzałem się dyskutującym mężczyznom.
Byli w średnim wieku, gdzieś pod czterdziestkę. Gładko ogoleni, ubrani w szare, trzyczęściowe garnitury, nie wyróżniali się zbytnio. Jeden z nich trzymał w ręku podróżną walizkę z brązowej skóry. Właśnie on wyglądał na najbardziej wkurzonego.

- Nie będę się powtarzał, panie Derrcaster. Szef żąda natychmiastowego wprowadzenia planu. Konsekwencje opóźnienia będą… dotkliwe.
- To naprawdę nie jest takie proste. – Mężczyzna nazwany panem Derrcasterem próbował się bronić: - Już wspomniałem, że Biuro zaczęło się interesować naszą organizacją. Musimy być wyjątkowo ostrożni…
- Dość wymówek – bezceremonialnie przerwał posiadacz walizki. – „Nowy Świt” ma zostać uruchomiony w przeciągu tygodnia. Wtedy ani FBI, ani nawet sam Kongres nas nie zatrzyma. Wojna będzie nieunikniona… Co to było?

To było głupie, tak bardzo głupie. Chcąc przyjrzeć się dokładniej konspiratorom, niemalże wepchnąłem nos między książki. Skąd miałem wiedzieć, że są obluzowane? Mogłem tylko patrzeć, jak jakieś grube tomiszcze spada z półki i z głośnym pacnięciem ląduje na podłodze.

- Debilu, mówiłeś, że to bezpieczne miejsce – wrzasnął facet z walizką do Derrcastera i rzucił się w kierunku hałasu.

Nie miałem zamiaru sprawdzać, co ze mną zrobią, gdy mnie złapią, więc zapobiegawczo rzuciłem się do ucieczki. Nie zważając na krzyki bibliotekarek, pognałem do głównej sali, gdzie w pośpiechu chwyciłem swoją torbę i kurtkę, przewracając po drodze kilka krzeseł. Ubierając się w biegu, opuściłem bibliotekę i nie oglądając się za siebie, pobiegłem w kierunku kładki prowadzącej do lądowiska autolotów. Tam zawsze kręciło się sporo ludzi, miałem więc nadzieję, że kimkolwiek byli tajemniczy mężczyźni, nie będą próbowali przy świadkach robić niczego tak głupiego, jak na przykład urwanie mi głowy.
Mimowolnie obejrzałem się przez ramię. Widząc, że nikt mnie nie goni, zwolniłem nieco kroku. Chłodne powietrze trochę mnie otrzeźwiło, zacząłem więc zastanawiać się nad tym, co w ogóle usłyszałem. Może niepotrzebnie spanikowałem? Założyłem najgorsze, a to mogła być, bo ja wiem, próba tekstu dwóch aktorów. Coraz mocniej przekonywałem się do tego pomysłu i już chciałem zawrócić, by zabrać zapomniane zeszyty i tabele, gdy usłyszałem znajome głosy, dobiegające zza zakrętu.

- Myślisz, że dzieciak słyszał, o czym mówimy?
- Musiał słyszeć, chował się tuż obok. W najlepszym wypadku to tylko jakiś szczyl, który miał pecha mieć za duże uszy, w najgorszym zaś pracuje dla Biura. Tak czy inaczej, jeśli wypaple komukolwiek o „Nowym Świcie”, szef każe podać twoją dupę na srebrnym talerzu.

Nie czekałem na dalszy ciąg rozmowy, tylko śmignąłem w kierunku lądowiska. Tyle w kwestii aktorów… Nie miałem pojęcia, o czym gadali, ale najwyraźniej facetom wydawało się, że usłyszałem całą rozmowę i poznałem jakieś ich mroczne plany. Przekonanie ich, że są w błędzie nie wydawało mi się najlepszym pomysłem.
Przemykając od bramy do bramy i korzystając ze skrótów, dotarłem do parkingu. Była to dość duża, betonowa płyta, wystająca poza krawędź budynku, ogrodzona żeliwnym płotem zabezpieczającym przed upadkiem i oświetlona rzęsiście halogenowymi lampami. Jak na złość, paskudna pogoda odstraszyła wszystkich przechodniów i lądowisko tym razem było całkowicie puste. Schowany w cieniu wielkiej rzeźby przedstawiającej skrzydlatego mężczyznę z uniesionym mieczem, rozważałem możliwe opcje. Na pewno nie mogłem zawrócić. Specyficzny układ ulic i kładek zewnętrznej części Autonomicznego Zespołu Mieszkaniowego sprawiał, że do tego konkretnego parkingu wiodła tylko jedna droga, która teraz była odcięta przez prześladujących mnie mężczyzn w garniturach.  Nie miałem jak wrócić, iść dalej na piechotę też nie mogłem. Pozostawała mi zatem tylko jedna możliwość…

Jak już wspomniałem, chciałem zostać inżynierem. Nie tylko więc kułem matematykę, ale też często zaglądałem do warsztatu, gdzie pracował Patrick i pomagałem mu w naprawach. Dość szybko opanowałem podstawowe zasady podłączania elektryki i zasilania w autolotach, nauczyłem się też kilku przydatnych sztuczek. Jedną z nich, tą najgłupszą i najmniej legalną miałem właśnie wcielić w życie. Przyjrzałem się dokładnie, czy moi prześladowcy dotarli już na lądowisko i nie widząc nikogo, puściłem się biegiem w kierunku zaparkowanych autolotów. Jednym susem przesadziłem szlaban i obejrzałem najbliższe pojazdy. Szukałem jakiegoś starszego modelu, najlepiej jednoosobowego grawicykla. Tym razem miałem szczęście – dostrzegłem starszawego, żółtego Vespera, swego czasu szczyt marzeń każdego nastolatka. Przypominał on archaiczny skuter, któremu odkręcono koła. Chromowane wykończenia i rury wydechowe upstrzone były ciemnymi plamami, jaskrawy lakier w kilku miejscach nadżarty został przez rdzę. Owiewka nosiła ślady wielokrotnych uderzeń; cała karoseria sugerowała, że właściciel maszyny albo jest bardzo nierozsądny, albo ślepy.
Słysząc stukot butów, wskoczyłem na siodełko i schyliłem się do klapki skrywającej pęki kabli zasilających. Jedno szarpnięcie wystarczyło, by okablowanie stacyjki zapłonu wyleciało na zewnątrz. Wyciągnąłem z kieszeni scyzoryk i pozbawiłem przewody izolacji. W tej samej chwili usłyszałem wołanie:

- Tu jest! Próbuje odlecieć!
- Hej, młody, czekaj! – usłyszałem głos drugiego z mężczyzn, Derrcastera. – Chcemy tylko porozmawiać!

Mhm, jasne, porozmawiać. Nie ma głupich, też oglądam filmy i wiem, jak się takie rozmowy kończą: efektownym, acz krótkim lotem z tarasu na najwyższym piętrze prosto na sam dół. Nerwowo rozciąłem właściwe przewody i połączyłem je ze sobą na krzyż, jak uczył mnie brat. Silnik zakrztusił się i obudził do życia. Kątem oka zauważyłem, że ścigający mnie faceci są już na lądowisku i biegną w moim kierunku. Ten wkurzony, który od początku wyglądał na groźniejszego, wsadził rękę do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciągnął coś, co mogło być jedynie rewolwerem. Szarpnąłem manetkę akceleratora i przestawiłem nogą drążek odpowiedzialny za ustawienie osi generatora grawitacyjnego. Wystrzeliłem pionowo w powietrze sekundę przed tym, zanim Derrcaster zdołał ściągnąć mnie z grawicykla. Przeciążenie wcisnęło mnie w siodełko. Gdy uniosłem się na bezpieczną wysokość, zmieniłem oś generatora i z najwyższą możliwą prędkością ruszyłem w kierunku sąsiedniego wieżowca.

Nie byłem głupi i mimo olbrzymiego stresu nie skierowałem się od razu do domu. Zrobiłem kilka kółek dookoła całego kompleksu budynków, z powietrza sprawiającego wrażenie jeszcze potężniejszego niż zwykle. Po kilku minutach desperackiego lotu na krawędzi możliwości maszyny zwolniłem i osadziłem pojazd na jednym z wystających tarasów. Dopiero teraz zauważyłem, że cały się trzęsę. Zdarzało mi się już nie raz wpaść w tarapaty, kilka razy skończyło się to nawet większym łomotem. Ale nigdy jeszcze nie wpadłem w tak wielkie gówno, nigdy też nikt nie chciał do mnie strzelać. Do tej pory wystarczało zawołać Seana, by moi dręczyciele spasowali i uciekli. Swoją drogą, chłopaki muszą się teraz nie lada wściekać. Spojrzałem na chronometr: było grubo po godzinie, o jakiej miałem stawić się z powrotem w domu.


Uspokoiłem oddech i uruchomiłem silnik. Mogłem spokojnie założyć, że zgubiłem pościg. Mimo to nie odważyłem się wracać na lądowisko, z którego zajumałem Vespera. Jasne, źle czułem się ze świadomością, że latam ukradzionym pojazdem, ale mam wrażenie, że jeszcze gorzej czułbym się z kulką w głowie. Postanowiłem zatem wrócić do domu, a jutro z samego rana oddać grawicykl, mając zarazem nadzieję, że nikt nie zauważy jego zniknięcia. Uspokoiwszy w ten sposób sumienie, oderwałem się od podłoża i z warkotem wysłużonego generatora ruszyłem w kierunku Budynku Mieszkalnego „B”. 

8 komentarzy:

  1. Mam tylko jedno słowo na opisanie moim uczuć po przeczytaniu tego: uwielbiam!
    Dodam jeszcze tylko (ale to nadal jedno słowo!), że Twoje rozdziały idealnie komponują się z wieczornym piwkiem ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jesteś przewidywalny. Albo po prostu ja za bardzo myślę o tym, co wydarzy się w następnej części ; P
    To, że chłopaczyna wpakuje się w kłopoty, było jasne. Ale takiej intrygi żem się nie spodziewał. Ciekawe, czy... Dobra, nie będę o tym myślał ; D

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawe ciekawe, jak zawsze, świetne, czekam na więcej!! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Masz naprawdę super opowiadania. O ile dobrze zrozumiałem twój świat jest jakby wizją przyszłości jaką ludzie mieli w dawnych czasach. I nie jest to zbyt piękna przyszłość - to mi się podoba. XD
    Rozumiem, że "Bracia" dzieją się w tym samym mieście co "Bohater", tylko lata później? Cóż, przez te lata miasto raczej nie zmieniło się na lepsze :P Ponieważ Bracia mają na razie tylko dwa rozdziały, to wypowiem się o Bohaterze:
    Po pierwsze szkoda, że tak szybko się skończyło :( , ta historia miała w sobie jeszcze tyle potencjału. Alan był swego rodzaju XIX-wiecznym superhero, mógł mieć jeszcze wiele różnych przygód walcząc z przestępczością. Podobało mi się również zderzenie nieco naiwnej dziennikarki z brutalną rzeczywistością. Zastanawia mnie tylko to, że kierownik zakładu tak po prostu wyjawił tajemnicę swojego syna świeżo poznanej dziennikarce. Bo niby po co miałby to robić, w końcu chodziło o bezpieczeństwo jego syna.
    Umieściłem twój blog na mojej "liście uznania" na:
    http://smocza-kompania.blogspot.com
    Będę czytał dalej twoje prace i mam nadzieję, że ty też do mnie wpadniesz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wszystkie opowiadania dzieją się w tym samym świecie, "Braci" jednak umiejscowiłem w przyszłości, głównie dlatego, żeby bardziej dopasować historię do dieselpunkowego kanonu. Co do "Bohatera", nie chciałem przedłużać tej historii - superbohaterowie lepiej wypadają w komiksach, niż w prozie. Ale nie wykluczam, że ta postać jeszcze się pojawi.

      Usuń
  5. Świetne opowiadanie. Są kłopoty i akcja to co lubię najbardziej. Szybko się czytało. Życzę weny!

    http://klaracelmer.blog.pl

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej. Piszesz dalej czy pasujesz?

    OdpowiedzUsuń
  7. Cześć.
    Czy będziesz kontynuował jeszcze bloga? Dobrze się czytało i szkoda, że brak jakiejkolwiek informacji na temat przyszłości historii przez Ciebie publikowanych.

    OdpowiedzUsuń