piątek, 25 kwietnia 2014

Bohater. Część szósta

Peggy z wolna przetrawiała dopiero co poznane fakty. Przychodziło jej to z pewnym trudem. Bohater, którego szukała przez kilka dni okazał się być niczym innym, jak nieszczęśliwą ofiarą wypadku. Jego szlachetność i chęć pomocy obcym ludziom była narzuconą przez ojca terapią, mającą pomóc dziecku uporać się z faktem zamordowania grupy współpracowników. Nie do końca takiej historii szukała.

Inżynier Collins zobowiązał się odprowadzić ją do motelu. Gdy spytała go, czemu chodzi pieszo, zamiast jeździć automobilem, ten zaśmiał się i odparł, że po pierwsze, jeszcze mu życie miłe, po drugie, gdyby na początku zaoferował jej przejażdżkę, nigdy by nie wsiadła. Dziennikarka musiała przyznać mu rację – wsiadanie z obcym do pojazdu w najniebezpieczniejszej dzielnicy miasta nie było najmądrzejszą czynnością.


Zbliżali się powoli do przecznicy, przy której znajdował się motel Peggy, gdy nagle Collins złapał dziewczynę za ramię.

- Idź, jakby nigdy nic. Nie obracaj się i nie przyśpieszaj kroku – wyszeptał inżynier.

Peggy odruchowo napięła wszystkie mięśnie. Nie wiedziała, co wywołało taki niepokój u jej towarzysza, ale instynktownie zaczęła się bać.  Collins, dalej trzymając ją za ramię, nieoczekiwanie skręcił w boczną ulicę, prowadzącą w kierunku kompleksu sklepowego.

- Powinno tam być nieco więcej ludzi – wyjaśnił inżynier na widok zdziwionej twarzy dziennikarki – nie ośmielą się tam nas zaatakować w biały dzień. Chyba.
- Kto się nie ośmieli? – nie wytrzymała Peggy.
- Ludzie z Urban Chemicals. Śledzą nas od jakiegoś czasu. Musieli widzieć nas siedzących razem w Oazie.
 - Czego oni właściwie chcą od pana?
- Żebym im zdradził, gdzie jest mój syn. Chcą dowiedzieć się, jakim cudem przeżył kontakt z substancją i poddać go testom. A ja nie pozwolę z niego zrobić królika doświadczalnego!

To mówiąc i nie wypuszczając dziennikarki z uścisku, skręcił w wąski, zaśmiecony przesmyk między dwoma budynkami. Po chwili doszedł do sterty desek leżących pod jedną z ceglanych ścian. Rozejrzał się dookoła i nie zobaczywszy nikogo, kilkoma kopnięciami roztrącił spróchniałe palety. Oczom dziewczyny ukazały się wąskie, metalowe drzwi, pokryte łuszczącą się czerwoną farbą, zamknięte na zasuwę.

- Kiedy mieszka się w Pajęczynie, dobrze jest wiedzieć takie rzeczy, niezależnie od zajmowanego stanowiska – wytłumaczył pośpiesznie inżynier. – Znam tu każde przejście, zaułek i skrót. To tylnie drzwi do magazynów. Przejdziemy tędy prosto na targowisko i tam się rozdzielimy.

Collins bez większego wysiłku otworzył skrzypiące, zapieczone drzwi. Wpuścił dziennikarkę do środka, po czym starannie zamknął wejście. Znaleźli się w dużym, przestronnym pomieszczeniu, wypełnionym rzędami wysokich regałów. W większości były one puste, przykryte grubą warstwą kurzu, zaledwie w kilku miejscach stały drewniane skrzynie i metalowe pojemniki. Światło wpadało przez niewielkie, brudne okienka umieszczone wysoko nad podłogą. Pachniało stęchlizną. Najwyraźniej magazyn stał nieużywany już od dłuższego czasu. 

- Nie ma na co czekać – rzekł inżynier i ruszył w kierunku znajdujących się na drugim końcu hali drzwi. Peggy podążyła za nim, uważając na kałuże śmierdzącej wody i porozrzucane palety. Przechodzili od magazynu do magazynu. Był to prawdziwy labirynt i dziennikarka zastanawiała się, jakim cudem jej przewodnik tak dobrze zna drogę po tylu latach. Kilka pomieszczeń później całkowicie straciła orientację w terenie.

- Nie chcę być niemiłą, ale na pewno wie pan, dokąd idziemy? – spytała Collinsa.
- Na pewno. Faktycznie, trochę się zmieniło, od kiedy wynajmowaliśmy tutaj przestrzenie magazynowe, ale jeszcze pamiętam drogę. Następne pomieszczenie powinno być przejściem do…
-Donikąd – dokończył czyjś głos.

Nagle zza stert palet, spiętrowanych pojemników i regałów zaczęli wychodzić ludzie, ubrani w jednakowe stroje z logiem Urban Chemicals na piersi. Przewodził im szczupły, łysiejący mężczyzna w okularach z okrągłymi oprawkami, wyglądający na mniej więcej czterdzieści lat. To on właśnie odezwał się do uciekinierów.

- Jake Collins. Widzę, że nie straciłeś ikry i dalej zapędzasz młode dziewczęta do opuszczonych miejsc?

Peggy odruchowo odsunęła się od inżyniera. Ten zaś podszedł do mężczyzny w okularach.

- Doktorze, proszę, zachowujmy się cywilizowanie. Chciał pan ze mną porozmawiać? W porządku, oto jestem. Ale dziewczyna nie ma z całą sprawą nic wspólnego.
- Możliwe – powiedział człowiek nazwany doktorem – jednak przyznam, iż nieco mi się spieszy. Zbyt długo zajęło mi ustalanie pańskiej roli w tej historii. Dlatego ślicznotka zostaje z nami w charakterze… gwarancji szczerej rozmowy. – To mówiąc, skinął głową w kierunku jednego z pomagierów. Ten szybko podszedł do dziennikarki i bezceremonialnie złapał ją za ramiona. Kiedy próbowała się wyrwać, doktor wyjął zza pleców rewolwer i skierował lufę w jej stronę.
- Jak już wspomniałem, nie mam zbyt wiele czasu. Jake, mógłbyś łaskawie podać mi miejsce pobytu swojego syna?
- Oszalałeś? – krzyknął inżynier – Żebyś mógł go pokroić dla własnej, chorej uciechy? Po moim trupie!
- Nie, ciebie jeszcze mogę potrzebować, przyjacielu – doktor uśmiechnął się lekko i nie opuszczając broni, podszedł do ciągle próbującej się wyrwać Peggy – ale jej już niekoniecznie. Mów, Jake, mów, albo będziesz miał na sumieniu niewinną ofiarę. Potrafisz z tym żyć?

Inżynier spojrzał na zmartwiałą dziewczynę. Do tej pory dumny i wyprostowany, teraz jakby zmalał, ramiona mu opadły, zdawał się starzeć w oczach.
- Przykro mi, panno Sparks – wyszeptał. – To mój jedyny syn. Nie mogę…
Peggy zrobiło się zimno. Spojrzała prosto w lufę rewolweru. Czuła, że tym razem porwała się na coś, co ją przerasta.
- Trudno – udał zmartwionego doktor – są jeszcze inne, zabawniejsze metody na wyciąganie odpowiedzi. A teraz, żebym nie wyszedł na gołosłownego…

Reporterka zacisnęła powieki. Czekała na strzał, ten się jednak nie rozległ. Zamiast niego usłyszała znajomy, przytłumiony głos:

 - Podobno mnie szukałeś, doktorze Langert. Oto jestem.

Peggy powoli otworzyła oczy i spojrzała w kierunku głosu. 

Bohater stał ze skrzyżowanymi na piersiach ramionami na najwyższej półce regału, tuż pod sufitem. Nie sprawiał wrażenia nadczłowieka. Raczej szczupły i niewysoki blondyn z krótko obciętymi włosami, ubrany w skórzaną, brązową kurtkę z wysokim kołnierzem, wojskowe spodnie i buty, nie posiadał żadnej widocznej broni. Wyglądał raczej jak zwykły automobilista. Jedyne, co go wyróżniało, to gogle z przyciemnianymi, czerwonymi szkłami i maska gazowa. To ona powodowała ten charakterystyczny, głuchy pogłos. Z jednej jej strony odchodził gumowy wąż, podłączony do małej butli, umieszczonej przy pasie. Sam pas, zapięty na dużą, okrągłą klamrę, zaopatrzony był w szereg schowków i kieszonek.

- Ach, młody Alan! – Doktor uśmiechnął się szeroko i opuścił broń. – Jak to dobrze, że do nas dołączyłeś. Bardzo się o ciebie martwiliśmy. Twój ojciec postąpił niezwykle nieodpowiedzialnie, nie zgłaszając twojego… wypadku. Ale już po wszystkim, mój drogi. Pójdziesz teraz z nami, a my cię wyleczymy.

- Nie wydaje mi się, doktorze – odpowiedział Alan i jak gdyby nigdy nic zeskoczył z wysokości ponad pięciu metrów, lądując zgrabnie tuż koło swojego ojca. – Widzi pan, czuję się całkiem nieźle i nie potrzebuję pomocy. A już na pewno nie od pana.
- Pozwól, że o tym zadecyduję ja – zimnym głosem odpowiedział Langert. – Nie zapominaj, że ciążą na tobie bardzo poważne oskarżenia, chłopcze. Firma jest jednak zdecydowana oddalić wszelkie zarzuty i umorzyć sprawę, pod warunkiem, że będziesz współpracował z moją sekcją medyczno-naukową. Co ty na to?
- Alan, nie zgadzaj się! – krzyknął Collins. – Zrobią z ciebie królika doświadczalnego, będą cię męczyć, dopóki nie rozłożą na części pierwsze, żeby odkryć, co się z tobą stało! Nie zgadzaj…

Wołanie zostało nagle urwane przez wymierzony w twarz inżyniera cios. – Morda, dziadku, doktor coś mówił – warknął jeden z wynajętych przez firmę drabów.

Maska i gogle skrywały wyraz twarzy Alana, jednak Peggy zdawało się, że chłopak nagle stężał. Jego dłonie powoli zacisnęły się w pięści, a oddech, filtrowany przez maskę gazową, stał się cięższy.

- Koniec tego cyrku, doktorze – wysyczał. – Masz minutę na zabranie się stąd razem z tą hołotą. Albo to ja zacznę ścigać firmę.
- Masz rację, Alanie, dosyć już tego. – Doktor obrócił się do stojących za nim najemników. – Brać go, byle żywego. Resztę zabić.

Kolejne sceny rozegrały się jakby w zwolnionym tempie. Peggy obserwowała, jak Alan błyskawicznie z miejsca doskakuje do najbliższego przeciwnika i jakby od niechcenia wyrywa mu broń z ręki, przechodząc od razu w płynny półobrót, zakończony ciosem pięści wymierzonym w następną osobę. Uderzony najemnik zgiął się wpół i przeleciał dobre dziesięć metrów, lądując ciężko na ścianie. W międzyczasie młody Collins doskoczył już do trzymających ją drabów. Ci puścili dziewczynę, żeby sięgnąć po broń, jednak było już za późno. Dwa błyskawiczne uderzenia o mocy lokomotywy niemal zerwały im głowy z karków. Nie zatrzymując się, Alan wykonał salto w tył, kopiąc po drodze najemnika, starającego się wycelować w nieludzko szybkiego bohatera. 

Początkowo zaskoczeni żołnierze Urban Chemicals zaczęli się organizować. Wbiegli za pojemniki, szukając osłon i wycelowali broń w Alana. Doktor gdzieś zniknął. Inżynier, który nie próżnował i poczęstował soczystym sierpowym najemnika, który go wcześniej uderzył, podbiegł do Peggy i odciągnął ją w bezpieczne miejsce.

- Imponujące, Alanie, ale mało efektywne – rozległ się głos doktora. – Jesteś szybki, ale raczej nie szybszy od kuli. Skończ tę akrobatykę, zanim stanie ci się krzywda. Wolałbym cię dostać nietkniętego, choć sekcja zwłok też może przynieść wiele pożytku.
Zamaskowany chłopak rozejrzał się nerwowo dookoła. Upewniwszy się, że jego ojciec i dziennikarka nie znajdują się w strefie zagrożenia, umykającym oku ruchem sięgnął do jednej z kieszonek przy pasie. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, rzucił pod nogi kulki, które momentalnie zaczęły wydzielać gęsty, gryzący dym. Najemnicy natychmiast zaczęli strzelać w kierunku ciemnej chmury. Gdy opar rozwiał się, po Alanie nie było już ani śladu.

***

Peggy siedziała w poczekalni przed gabinetem Izaaka Rottenchefa. Redaktor naczelny właśnie czytał napisany przez nią reportaż z Okręgów Zewnętrznych. Dziewczyna siadła do jego tworzenia zaraz po pośpiesznym powrocie z Pajęczyny 34. Miała ciągle w pamięci gorączkową ucieczkę z magazynów. Dziennikarka obiecała wtedy inżynierowi, że przez wzgląd na bezpieczeństwo swoje i Collinsów szybko wróci do Centrum. Co prawda nie miała pojęcia, gdzie ukrywa się Alan, ale szefostwo Urban Chemicals pewnie nie było zadowolone, że przedstawicielka mediów dowiedziała się o całym zajściu. 

Początkowo tekst miał być wyłącznie o życiu w Okręgach. Z czasem jednak przerodził się w tyradę na temat zaniedbań, wyzysku oraz niesprawiedliwości. Peggy opisała szczegółowo historię, jaką opowiedział jej w Oazie stary Collins, zatajając tylko tajemnicę przeżycia jego syna. Podkreśliła lekkomyślną politykę firmy i żądzę zysku zarządu Urban Chemicals. Dostało się też Lordowi Chicago za brak inwestycji w służby bezpieczeństwa. Dziennikarka, przytoczyła własną przygodę z dieselpunkmi, obrazującą całkowita bezkarność chuliganów. Oczywiście nie pominęła roli Alana, którego w artykule nazwała po prostu Bohaterem. Było to co prawda pewne nadużycie, ale dziewczyna stwierdziła, że należy trochę wygładzić jego historię i pominąć prawdziwe intencje. Cały tekst zakończyła stwierdzeniem, że tylko takie indywidualności jak Bohater pozwalają istnieć Okręgom i składającym się na nie Pajęczynom. Bez nich szybko stoczyłyby się w chaos i anarchię, z czasem pociągając za sobą resztę miasta.

Wreszcie otworzyły się obite chromowaną stalą drzwi gabinetu. To Izaak dał jej znak, że skończył lekturę. Peggy weszła do biura, zamykając za sobą. Naczelny siadł z powrotem przy imponującym, drewnianym biurku z miedzianymi zdobieniami. Był to mężczyzna w sile wieku, z ciemnymi, przyprószonymi siwizną włosami. Jego sylwetka i kamienne rysy twarzy zmuszały po posłuszeństwa każdego, kto z nim przebywał w jednym pomieszczeniu. Przebiegł jeszcze raz wzrokiem leżące przed nim kartki, odruchowo poprawił ułożenie przedmiotów na blacie, po czym skierował wzrok na młodą dziennikarkę.

- Nie wydrukuję tego.

To jedno zdanie Naczelnego niemalże posłało Peggy na podłogę. Chciała coś powiedzieć, ale Rottenchef znacząco uniósł dłoń na znak tego, iż nie skończył.

- Nie zrozum mnie źle – kontynuował – tekst jest dobry. Nieco zbyt emocjonalny, ale taki już masz styl. Problem tkwi w czym innym: nie masz żadnych dowodów na poparcie oskarżeń względem jednej z największych firm chemicznych w kraju. Mającej nie dość, że armię prawników na swoje usługi, to jeszcze posiadającej poparcie polityków wysokiego szczebla. Dysponujesz jedynie zeznaniami jednego świadka, który akurat okazuje się być dyscyplinarnie zwolnionym pracownikiem tejże firmy. Nie będę nawet komentował części o nadczłowieku broniącym mieszkańców, bo w to nie wierzę ani ja, ani czytelnicy.

Peggy słuchała zdruzgotana. Nie mogła odmówić słuszności argumentacji szefa, ale wewnętrznie cała się buntowała przeciwko tej decyzji.

- Napisz artykuł na nowo. Idź początkowym tropem. Opisz zwykłe życie mieszkańców. Opisz gangi. Zostaw w spokoju firmy, z którymi nie wygrasz i ludzi z problemami psychicznymi, uważającymi się za bohaterów. Wtedy dopiero puszczę tekst.

To powiedziawszy, mężczyzna zabrał się do czytania kolejnego tekstu, dając Peggy do zrozumienia, że rozmowa jest skończona. Dziewczyna nie zamierzała jednak poddać się tak szybko.

- A jeśli zdobędę dowody? – wypaliła.

Naczelny powoli podniósł wzrok znad kartki.

- Gdybyś zdobyła dowody, to oznaczałoby wtedy olbrzymią wojnę na prawników pomiędzy Timesem, Urban Chemicals a politykami.

Izaak wstał i skierował się w kierunku dużego okna, z którego rozpościerała się panorama miasta. Ze swoimi wieżowcami, monumentalnymi pomnikami i powietrznymi mostami spinającymi wszystko ze sobą przypominało ono ogromną, lśniącą Pajęczynę.

- To miasto jest chore – rozpoczął. – Cierpi na znieczulicę. Miałaś rację, że tylko pojedyncze jednostki utrzymują to wszystko w kupie. Nieistotne, czy to prawdziwi ludzie, czy symbole. Nie wierzę w nadludzi, zamaskowanych bohaterów czy honorowych inżynierów. Wierzę za to w reporterów, którzy jeszcze nie zapomnieli, jakie jest ich pierwotne zadanie. Mamy informować ludzi. Opisywać im świat, w jakim żyją. Dawać nadzieję.
Naczelny spojrzał na Peggy.
- Dziennikarstwo śledcze to zupełnie inna liga. Jesteś na to gotowa?
Dziewczyna energicznie pokiwała głowa.
- Dobrze zatem. Bierz się do roboty. Tylko tym razem starannie: zbierz jak najwięcej dokumentacji, nie zapominaj o wywiadach ze świadkami, weryfikuj źródła. Wszystko na bieżąco melduj mi, żebym mógł powstrzymywać co większe skandale, jakie wywołasz swoim myszkowaniem. A, jeszcze jedno…
- Tak, szefie? – spytała rozemocjonowana nowym zadaniem Peggy.
- Jak jeszcze raz spotkasz tego… bohatera, w którego istnienie absolutnie nie wierzę, powiedz mu, żeby czasem odwiedził też Centrum. Przydałby się tu ktoś taki.

Epilog

Peggy solidnie zabrała się do pracy. Przekopała mozolnie wszystkie finanse Urban Chemicals, znajdując dużo nieprawidłowości, które okazały się łapówkami przeznaczonymi do zatuszowania wypadku. Prośbą i groźbą dotarła do rodzin ofiar i przekonała ich, żeby podzielili się swoją historią. Ujawniła istnienie nielegalnej sekcji medyczno-naukowej, kierowanej przez doktora Langerta, który zresztą uprawnienia do prowadzenia praktyki medycznej stracił dawno temu. 

W Zarządzie poleciało wiele głów. Akcjonariusze zaczęli wycofywać się z firmy, która upadła kilka miesięcy później. Patent na farbę został wykupiony za bezcen przez niewielką firmę New York Aerodynamics i przez dłuższy czas nie było o niej słychać, dopóki nie ujawniono bezpiecznej wersji wynalazku całemu światu.

Inżynier Jake Collins był głównym świadkiem podczas procesu. Nie umniejszał swoich win i dobrowolnie poddał się karze. Jego syn, Alan, został oficjalnie uznany za zmarłego i ani Peggy, ani jego ojciec nie zamierzali sprostować tego faktu.

Reporterka, która po publikacji artykułu szybko stała się jedną z bardziej rozpoznawanych dziennikarek w kraju, nie wspomniała nigdy więcej o tajemniczym Bohaterze. Co jakiś czas słychać jednak było o „wypadkach” spotykających bandy chuliganów i nękające Okręgi Zewnętrzne gangi. Zdarzało się, że nawet w Centrum i Downtown ktoś został ocalony przez nieuchwytną postać z czerwonymi oczami. 

Naciski społeczne skłoniły polityków do zwiększenia budżetu służb bezpieczeństwa. Okręgi dalej bywały nieprzyjemne, powoli jednak traciły swoją złą sławę. Znów zawitała do nich nadzieja. XX wiek nie mógł rozpocząć się lepiej.
KONIEC

7 komentarzy:

  1. Miło, że znalazłeś czas i mnie odwiedziłeś. Cieszę się, że Ci się spodobała moja twórczość. Mam nadzieję, że polubisz także pozostałe opowiadania oraz te, które się pojawią w przyszłości. Oraz że się nie zawiedziesz ; )
    Szóstą część przeczytam dopiero jutro pod wieczór. Teraz chciałbym się zająć pisaniem kolejnego fragmentu "Indice Non". No chyba że znowu zagonią mnie do roboty.
    Pozdrawiam,
    A.J.

    P.S. Odpisałem na Twoje komentarze.

    OdpowiedzUsuń
  2. Szkoda, że opowiadanie się skończyło. Ty chyba tak masz. Przez kilka części napięcie rośnie, jest mega ciekawie, aż tu nagle jakby za jednym cięciem skalpela kończysz opowieść.
    Tak czy siak fajnie, że Peggy udało się utrzymać na stanowisku w gazecie oraz że dzięki jej jednemu artykułowi tyle się pozmieniało. A niby mówią, że pojedyncza jednostka nie ma dużego wpływu na świat ; )
    A.J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skończyło się, bo i tak wyszło za długie. Docelowo to mają być krótkie historie, za to w miarę często publikowane. Zresztą, nie chciałem ciągnąć tej konkretnej opowieści zbyt długo: superbohaterowie jednak lepiej wyglądają w komiksie lub filmie. Następne opowiadanie może jednak składać się z większej ilości części.

      Usuń
    2. Czy ja wiem czy zbyt długie to było. Muszę Ci przyznać jednak rację co do momentu zakończenia akcji, ogólnie piszesz krótkie opowiadania, a zawierasz w nich to co jest najważniejsze. Na prawdę dobrze piszesz i i z dużą przyjemnością to się czyta. Ogólnie Twoje historie potrafią wciągnąć jak dobra książka.

      Pozdrawiam, MG93.

      Usuń
    3. I właśnie takie komentarze dopingują mnie do dalszej pracy. Dziękuję za słowa uznania :)

      Usuń
  3. Tego można było spodziewać. Tylko szmatlawce drukują historie bez weryfikacji. Ale dostała szansę i ją wykorzystała.

    OdpowiedzUsuń
  4. No i super, liczyłam na taki koniec, może nie takie miałam wizje, ale wszystko się skończyło dosyć dobrze więc nie mam się do czego przyczepić. Twoje opowiadania czyta się lekko i przyjemnie, jest nutka zaciekawienia i niecierpliwości co sprawia że opowiadanie jest jeszcze bardziej realne. W ciągu jednego dnia przeczytałam Twoje obydwa opowiadania i jestem bardzo zadowolona. Powodzenia w dalszym pisaniu, z niecierpliwością czekam na kolejne opowiadania.
    W między czasie zapraszam do mojego opowiadania:
    www.krolewskiesmoki.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń