czwartek, 17 kwietnia 2014

Bohater. Część piąta

Świeże powietrze nieco otrzeźwiło Peggy. Inżynier szedł koło niej bez słowa. Po wyjściu z „Lutownicy” skierowali się w kierunku Oazy – największego i jedynego w Pajęczynie skrawka terenów zielonych. Im dłużej szli, tym bardziej dziewczyna karciła się w duchu za swą lekkomyślność. Nie dość, że zdradziła swoją tożsamość całkowicie obcemu człowiekowi, to jeszcze pozwala mu się prowadzić po nieznanym sobie terenie. Jasne, sprawiał wrażenie dżentelmena, ale życie nie raz ją nauczyło, że pozory mylą. Tajemniczy przewodnik chyba wyczuł jej wątpliwości.

- Proszę się nie martwić, panno Sparks, nie zamierzam pani zamordować. – Collins uśmiechnął się do swojej towarzyszki i dodał: - Gdybym pragnął uczynić pani coś złego, miałem ku temu sposobność już wielokrotnie.

-Bardzo pocieszające… - Peggy odchrząknęła i spróbowała przybrać nieco bardziej hardą minę. – To jak będzie z moją obiecaną historią? Doczekam się jej?
- Lada moment. Chciałbym usiąść w miejscu, gdzie nie będą nas słyszały niepożądane uszy. 

Chwilę później przekroczyli kutą bramę Oazy. Pomimo szumnej nazwy, był to jedynie niewielki park w studni utworzonej przez trzy olbrzymie kamienice mieszkalne, połączone ze sobą powietrznymi mostami.  Czwartą stronę pozostawiono otwartą – przez to swoiste „okno” rozpościerał się widok na dymiący z czterech kominów zakład produkcyjny, z oddali przypominający stertę klocków ułożoną przez monstrualnych rozmiarów dziecko. Sam park składał się z kilku wysypanych szarym żwirem alejek ułożonych w stosunku do siebie pod kątem prostym. Rosnące w regularnych odstępach drzewa wprowadzały odrobinę koloru do tej szarej pustyni. W centralnej części Oazy stał chromowany pomnik, przedstawiający postać z herbu Chicago: mężczyznę z uniesionymi w górę skrzydłami wyrastającymi z pleców, w jednej ręce trzymającego klucz nastawny, w drugiej miecz. Jego surowa, kanciasta twarz nie wyrażała żadnej emocji, choć Peggy zdawało się, że dostrzega na metalowym obliczu cień pogardy. 

Inżynier usiadł na ławce, z której widać było majaczący na horyzoncie zakład i dał znać reporterce, żeby do niego dołączyła. Wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki paczkę czarnych jak smoła papierosów i podał Peggy, ta jednak odmówiła. Collins zapalił, zaciągnął się dymem i westchnął.

- Tyle lat pracy przy chemikaliach a ja dalej się truję… Ciężko pozbyć się starych przyzwyczajeń. Widzisz ten zakład? – Wskazał ręką dymiącą fabrykę. – To Urban Chemicals. Produkują tam wszelkie możliwe paskudztwa: od płynów do mycia naczyń i rozpuszczalników, po chłodziwa silnikowe. Ponad tysiąc osób załogi, całe tony przeróżnych maszyn, dziesięć laboratoriów, dwa specjalistyczne magazyny na odczynniki. Największe zakłady chemiczne w regionie.
- Rozumiem, że tam pan właśnie pracuje? – spytała Peggy, zerkając na wyszyty na kamizelce rozmówcy emblemat.
- Pracowałem – poprawił Collins. – Lata temu. Byłem kierownikiem tego bajzlu.

Dziennikarka omal się nie zakrztusiła z wrażenia. Tego akurat się nie spodziewała. Nagle wszystko stało się nieco bardziej zrozumiałe – aura szacunku, jaką roztaczał inżynier, zachowanie bywalców baru, specjalne traktowanie przez barmana. Nie zgadzała się tylko jedna rzecz.

- Od kiedy kierownicy zakładów chadzają do barów dla roboli? Nie wspominając o mieszkaniu w Pajęczynie. Emerytowanego kierownika stać chyba na porządne lokum w Centrum?
- A skąd wiesz, że nie mam tam mieszkania? – Inżynier badawczo spojrzał na dziennikarkę. – Może po prostu lubię odwiedzać stare śmieci, hmm?
- Ja… To znaczy, założyłam…
Collins zachichotał. – Słusznie pani założyła. Niestety, zwolnieni dyscyplinarnie pracownicy wysokiego szczebla nie mają aż takich przywilejów, jak powszechnie się sądzi. Mogę w zasadzie mówić o szczęściu, powinienem być teraz w więzieniu, a nie siedzieć na ławeczce i opowiadać ładnym dziennikarkom stare historie.

Peggy zarumieniła się lekko na wspomnienie o ładnej dziennikarce. Odchrząknęła, przybrała obojętny wyraz twarzy i wyjęła z torebki notatnik z dołączonym ołówkiem. 

- To może zacznijmy tę opowieść? Najlepiej od początku.
- Od początku? Jak sobie pani życzy. Miało to miejsce około pięć lat temu. Prowadziliśmy wtedy prace nad wprowadzeniem na rynek nowego produktu: specjalnej farby, która utwardzała pokryte nią powierzchnie, nie zwiększając ich wagi. Nie będę zanudzał szczegółami technicznymi, podstawowe założenie było takie, że farba dostosowywała się do każdego materiału, zmieniając jego budowę. Nie muszę chyba mówić, że był to rewolucyjny wynalazek. Zainteresowane nim było zwłaszcza wojsko i koncerny automobilowe. Dyrektor i rada nadzorcza nie żałowali funduszy ani siły roboczej. Dostaliśmy do dyspozycji najlepszych naukowców w kraju. Jedyne, czego nam nie dano, to czasu. 
Dosyć szybko połapaliśmy się, że konkurencyjny zakład pracuje nad bardzo podobną formułą. Pojawiły się oskarżenia o szpiegostwo przemysłowe, nawet rozpoczęto śledztwo, które oczywiście utknęło w martwym punkcie.
- Trochę to dziwne, panie inżynierze – przerwała Collinsowi dziennikarka. – Skoro miało to miejsce tyle lat temu, a wynalazek był tak rewolucyjny, dlaczego nikt o tym nie słyszał? To niemożliwe, żeby żaden dziennikarz nie wyłapał tematu.
- Prace prowadzone były w największej tajemnicy. Niech pani zrozumie, mowa o wynalazku przynoszącym niewyobrażalne dochody, mogącemu zmienić bieg historii. Nie dochodziłoby więcej do wypadków z wybuchającymi silnikami, żołnierze na polu walki stali by się kuloodporni, bankowe sejfy były by niemożliwe do rozprucia. Musieliśmy trzymać to w ukryciu, inaczej każda firma chemiczna na świecie zaczęłaby pracę nad własną formułą. Proszę sobie zatem wyobrazić nasze przerażenie, gdy okazało się, że konkurencja ma w swoim posiadaniu identyczne odkrycie. Nagle zabrakło nam czasu na udoskonalenie substancji.
- Udoskonalenie? A co z nią było nie tak?
- Stabilność. Nie potrafiliśmy uzyskać jednakowej konsystencji. Raz farba była rzadka jak woda, by zaraz potem, mimo identycznych warunków przechowywania, zmienić się w kawałek skały. Czasami składniki się rozwarstwiały i nie można ich było wymieszać. Ale to nie było jeszcze najgorsze. Okazało się, że w trzech przypadkach na tysiąc powierzchnie pokryte naszą farbą… wybuchały. Dochodziło do spontanicznego samozapłonu i nikt nie wiedział, dlaczego.
- To faktycznie brzmi jak niedogodność – zauważyła Peggy, zapisując coś w notatniku. – Rozumiem, że „góra” nie była zbytnio zachwycona wynikami?
- Mało powiedziane. Wściekli się. Rada Nadzorcza żądała natychmiastowych rezultatów. Dostałem miesiąc na dokończenie prac. Miesiąc! W momencie, kiedy musieliśmy zacząć niemal od nowa! Wtedy właśnie przyszedł do mnie pewien młody laborant. Niemalże dziecko, dopiero zaczynał u nas pracę. Dopuszczono go do projektu, bo pomimo młodego wieku zdradzał objawy prawdziwego geniuszu. Jak gdyby nigdy nic siadł przed kartką, podrapał się po głowie i w ciągu dwóch godzin napisał na nowo formułę farby, gorąco zapewniając, że znalazł sposób na zwiększenie stabilności.
- Jak miał na imię ten laborant? – spytała dziennikarka.
- Od razu dostałem polecenie od dyrektora, żeby wdrożyć nowa formułę do testów. – Inżynier zdawał się nie słyszeć pytania Peggy. – Ja jednak się wahałem. Nic nie wiedzieliśmy o tym nowym składzie, bez odpowiednich testowych wyliczeń bałem się ruszać dalej. Za gwarancję bezpieczeństwa miałem tylko zdanie dzieciaka, który jeszcze nawet zarostu nie wyhodował. Więc zakazałem testowania produktu. Na niewiele się to jednak zdało.
- Jak to? Przecież był pan kierownikiem, nie mogli zacząć chyba testów bez pana zgody?
- Właśnie: byłem kierownikiem. Nie dyrektorem. A ten odsunął mnie od projektu i nakazał wznowienie testów nowej formuły.
- Domyślam się, że skoro nigdy nie słyszałam o takim wynalazku, coś poszło nie tak, jak powinno?
- Łagodnie powiedziane – smutno uśmiechnął się inżynier. – Skończyło się katastrofą. Nowa farba działała jak powinna, a jakże. Zmieniała płótno w stal, stal w diament, diament… No dobrze, aż tak daleko się nie posunęliśmy. Konsystencja była niezmienna niezależnie od warunków. Substancja miała idealną gęstość i zdawała się nie mieć żadnych wybuchowych właściwości.
- Więc co się stało?! – Peggy powoli traciła cierpliwość. – I jaki to ma związek z człowiekiem, którego szukam?
- Cierpliwości, panno Sparks, zaraz do tego dojdziemy – rzucił Collins zapalając kolejnego czarnego papierosa – wszystko jest ze sobą powiązane. Jak powiedziałem, farba nie miała żadnych wybuchowych właściwości. Miała za to inne: toksyczne.
 Na nic zdała się wentylacja w laboratoriach. Wszyscy pracownicy obecni przy testach nowej formuły po kilkunastu godzinach zaczęli skarżyć się na problemy z oddychaniem. Następnie popadali w obłęd – atakowali najbliższe osoby, cięli się ostrymi przedmiotami, wydawało im się, że są niezniszczalni i kazali do siebie strzelać. Kilka minut później ślepli, a w następnej chwili umierali na atak serca. Zginęło łącznie dwadzieścia osób. Jak się później dowiedzieliśmy, to samo wydarzyło się w fabryce konkurencji. W efekcie całkowicie zaniechano prac nad farbą. Rada Nadzorcza wystraszyła się ewentualnych konsekwencji przedostania się tej historii do prasy. Sprawę zamieciono pod dywan, milczenie rodzin ofiar kupiono olbrzymimi odszkodowaniami, a mnie zwolniono dyscyplinarnie. Kogoś w końcu musieli oskarżyć o niepowodzenie.
- Czy wśród tych ofiar był też ten młody laborant?
- I tu dochodzimy do sedna całej opowieści. Proszę, niech pani przestanie notować. Zgadzam się na opublikowanie tej historii, bo świat musi się nareszcie o tym dowiedzieć. Ale to, co teraz powiem niech zostanie tajemnicą. 

Peggy zawahała się, po czym kiwnęła głową i schowała notatnik z powrotem do torebki. Inżynier zamknął oczy, odetchnął głęboko i po chwili przerwy kontynuował opowieść.

- O tym, co stało się z laborantem wiem tylko ja. Opowiadam to, by mogła pani w pełni zrozumieć jego historię i motywy postępowania. To, co go spotkało jest kluczowe dla zrozumienia jego późniejszych działań. 
Kiedy inni zaczęli skarżyć się na duszności, on był dalej w laboratorium, pracując nad formułą. Wiedział już, że popełnił błąd. Okazało się, że po upływie kilkunastu minut od zaschnięcia farba zaczyna parować, wydzielając neurotoksynę, paraliżującą nerwy i mięśnie. W momencie, kiedy sam zaczął czuć ból w płucach, wiedział, że skazał swoich kolegów na śmierć. Kiedy przyszła faza obłędu… zebrał wszystkie naczynia z próbkami farby i po kolei wylał je na siebie. To, co pozostało, wypił.

Peggy słuchała zszokowana. Kawałki łamigłówki zaczynały wskakiwać na swoje miejsce. Unikanie rozgłosu, pomaganie obcym jako próba odpokutowania winy, zasłonięta twarz…

- Czyli mam rozumieć, że ten chłopak przeżył?
- O tak – potwierdził skinieniem głowy inżynier – ledwo, ale przeżył. Nie mam pojęcia, jak. Nie testowaliśmy nigdy wpływu farby na żywe organizmy. Powinna pozalepiać mu pory w skórze i udusić. Okazało się jednak, że substancja potrafi adaptować się do dowolnego materiału, nawet biologicznego. Oczywiście nie obyło się bez skutków ubocznych: uszkodzonego przełyku, spalonych płuc i nadwrażliwości na światło. Pojawiły się też inne... zmiany, takie jak olbrzymia odporność na obrażenia fizyczne i zwiększona kurczliwość mięśni. Nie jestem lekarzem, nie wyjaśnię tego. Nikt zapewne nie wyjaśni.
- Inżynierze, niech pan będzie ze mną szczerzy. Skąd pan to wie?
 - Czy to nie jasne? - zdziwił się Collins. – Opiekowałem się nim, kiedy ledwie żywy przyczołgał się do domu. Ukryłem przed szukającymi go pracownikami Urban Chemicals, niemogącymi doliczyć się wszystkich ofiar. Leczyłem jego psychikę, zniszczoną bardziej niż ciało, które zaczęło samo się odbudowywać. Całe szczęście obłęd wywołany przez opary substancji okazał się tymczasowy. Poczucie winy jednak zostało. To ja zaproponowałem mu ochranianie bezbronnych ludzi jako formę autoterapii. To ja zrobiłem z niego bohatera, którego tak usilnie pani szuka.

Peggy powoli wstała z ławki i stanęła naprzeciw Collinsa.

- Inżynierze… Kim jest ten laborant?
Jake uśmiechnął się i odpowiedział pełnym dumy głosem: - Nazywa się Alan Collins. I jest moim synem.

8 komentarzy:

  1. W chwili, gdy powiedział, że młodzik ledwie żywy przyczołgał się do domu, już podejrzewałem, że to może być jego syn. Ale do tego momentu w ogóle się nad tym nie zastanawiałem.
    Drugie zdanie w pierwszym dialogu, zaczynające się na "Gdybym pragnął..." brzmi niezbyt ładnie i składnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo zaciekawił mnie ten rozdział, do tego stopnia, że chętnie przeczytam poprzednie.
    Najbardziej podobał mi się opis otoczenia. I oczywiście opowieść Collinsa o całej "intrydze chemicznej", która została przedstawiona w bardzo atrakcyjny i przyjemny sposób.
    ALE! Gdy dotarłam do jej końca... moje myśli mimowolnie skierowały się ku Marvel'owskiemu Hulk'owi. Osoba zdolna, naukowiec i wypadek przy pracy. Po co? Aby stworzyć bohatera? Tylko to do mnie nie przemówiło.
    I... Jakoś zabrakło mi opisu inżyniera. Tak jakoś roztoczyłam wokół niego wizję spracowanego człowieka, umęczonego życiem i tymi chemikaliami, aczkolwiek lepiej byłoby zapoznać się z Twoją.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już tłumaczę. "Bohater" to mariaż dwóch moich zainteresowań: dieselpunku i komiksu superbohaterskiego. Opis wypadku i wynikającej z niego przemiany to puszczenie oka do osób orientujących się w tej tematyce. Wszelakiego rodzaju skojarzenia i podobieństwa są więc jak najbardziej zamierzone.

      Usuń
  3. Woah. Wiedziałam! Od początku wiedziałam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ni umisz pisoć! Ni umisz, ni umisz, ni umisz! oneoneoneoneone

    Pierwszy niekryty hejter, co wyprzedza gimbazę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tak na serio - chciałabym mieć wreszcie czas, by to przeczytać.

      Usuń
    2. Mam hejtera, mam hejtera! :D Co do czasu, to znam problem - mam zaobserwowanych pierdyliard blogów, tyle, że ani jednego tekstu jeszcze nie przeczytałem...

      Usuń
  5. Ciekawie, świetnie piszesz, bardzo wciągające :]

    OdpowiedzUsuń