piątek, 28 marca 2014

Bohater. Część druga

Dzień Peggy rozpoczął się bardzo wcześnie. Słońce nie zdążyło jeszcze zajrzeć do jej małego apartamenciku na skraju Midtown, wynajmowanego wspólnie z milkliwą i zamkniętą w sobie studentką trzeciego roku medycyny, kiedy dziewczyna była już ubrana i przeglądała przygotowane uprzednio notatki. Dziennikarka zazwyczaj nie miała problemów z ubraniem się do pracy, (co było raczej zasługa małej szafy i niskiej pensji, niż zmysłu modowego) tym razem jednak długo zastanawiała się, co na siebie założyć. Jechała w końcu nie do eleganckiej siedziby redakcji Timesa, tylko do Okręgów Zewnętrznych, cieszących się złą sławą dzielnic robotniczych na obrzeżach Chicago. Żakiet i pantofelki raczej nie wchodziły w grę. W końcu zdecydowała się na zestaw, który uznała za najbardziej „robotniczy”: prostą, czerwona sukienkę z białe grochy, na to pelerynkę od deszczu (zapowiadano pogorszenie pogody), wygodne buty na małym obcasie i swój nieodłączny kapelusz. Podobny komplet ubrań na zmianę spakowała do niewielkiego, podróżnego neseserka.  Do torebki włożyła zdobyte od różnych informatorów przydatne adresy, numery linii omnibusowych, przenośny mikroaparat do dagerotypów oraz prezent od Georga z działu graficznego – mały, dyskretny rewolwer. Nie spodziewała się większych kłopotów, ale nie była też idiotką i wiedziała, gdzie się udaje. Sprawdziła stan magazynka, popatrzyła na siebie w lustrze, wzięła głęboki oddech i wyszła z mieszkania.


Plan był prosty. Chciała spędzić w Okręgach co najmniej kilka dni. Chodzić po lokalnych barach, obserwować zachowania mieszkańców, pytać o drogę, wynająć pokój w motelu – słowem, sprawdzić na własnej skórze, czy faktycznie jest tak tragicznie, jak wszyscy opowiadają. Oczywiście przedtem przestudiowała wszystkie dostępne mapy. Z nich wynikało, że Okręgi Zewnętrzne faktycznie tworzą koncentryczne kręgi dookoła centrum Chicago, szerokości mniej więcej dziesięciu kilometrów. Tworzyły je zakłady przemysłowe i fabryki, otoczone rzędami dwudziestopiętrowych bloków mieszkalnych, połączonych ze sobą powietrznymi mostami.  Według planów, każde takie skupisko bloków, zwane Pajęczyną musiało mieć co najmniej jeden posterunek policyjny, jednostkę medyczną i edukacyjną oraz przynajmniej kilometr kwadratowy terenów zielonych. Pajęczyny połączono ze sobą szybką koleją dieslową, SkyRunnerem. Całość została dokładnie zaprojektowana około 20 lat temu w ramach ogólnokrajowego projektu „Miasto Jutra”. Miała to być robotnicza utopia, miasto w mieście, niezależne od centrum, przeznaczonego do celów biznesowych, kulturalnych i reprezentacyjnych.

I jak każda utopia, okazała się niemożliwa. Budżetu nie starczyło na utrzymanie wszystkich budynków w dobrym stanie. Kryzys roku 1882 spowodował załamanie ekonomii i upadek większości zakładów, zostawiając ludzi bez pracy i środków do życia. Nieliczni policjanci nie mogli poradzić sobie ze zbuntowanymi, wściekłymi na rząd i Lordów mieszkańcami. Dopiero wojsko zaprowadziło względny spokój. Z czasem kryzys ekonomiczny się skończył, fabryki z powrotem zatrudniały ludzi i wszystko wróciło do normy, jednak idea „Miasta Jutra” bezpowrotnie upadła. Kontrolę nad dzielnicami nieoficjalnie przejęły gangi, zaprowadzając własne porządki i samodzielnie dbając o bezpieczeństwo swoje i przy okazji całej dzielnicy. 

Peggy dojechała omnibusem do stacji SkyRunnera. Kupiła bilet w automatycznej kasie i weszła na peron. Mimo, że do Okręgów stąd miała jeszcze kawał drogi, już zauważyła pierwsze cechy świadczące o różnicach między dzielnicami miast. Tutaj chrom i brąz zastąpiła szara stal, kute ornamenty ustąpiły miejsca wystającym śrubom i śladom spawów. Po kamiennej posadzce walały się śmieci, śmierdziało starym olejem i moczem. Na płycie peronu stało niewielu ludzi ze spuszczonymi głowami, w milczeniu oczekujących na transport. Chwilę później z hukiem silnika nadjechał pociąg, ciągnąc za sobą chmurę spalin. Cylindryczny, przypominający pocisk pojazd wtoczył się na peron, łypiąc jednym, reflektorowym okiem umieszczonym centralnie na dziobie. Zasyczały mechanizmy chłodzące, spod podwozia dmuchnęły kłęby gorącej pary z systemów odprowadzania ciepła. Rozsunęły się pneumatyczne drzwi, wypuszczając kilkunastu pasażerów. Peggy weszła do środka i znalazła swoje miejsce. Wnętrze wagonu było w niewiele lepszym stanie niż sama stacja. Wytarte skórzane siedzenia, odrapane stoliki i brudne okna stanowiły dowód, że kryzys dotknął swojego czasu również transport zbiorowy. Dziennikarka rozsiadła się na tyle, na ile pozwoliła ograniczona czysta powierzchnia siedzenia i wyjęła z torebki nieodłączny notatnik i ołówek. Kiedy maszyna ruszyła, miała już zapisane pierwsze spostrzeżenia.

Na stację „Okręg 3/7/1” dotarła równo o czasie. Peron, tak jak podejrzewała Peggy, prezentował się jeszcze gorzej niż poprzednia stacja. Tony śmieci leżących w kątach, zdemolowane automatyczne kasy biletowe, ściany pokryte koślawym i wulgarnym graffiti. Szkło chrupało pod butami. Dziewczyna poczuła na sobie nieufne spojrzenia. Od razu rozpoznano w niej obcego z centrum miasta, mimo stroju, który miał pozwolić jej na wtopienie się w tłum. Poczekała, aż płyta peronu opustoszeje, po czym wyjęła z torebki mikroaparat. Wsunęła kliszę w boczną szczelinę, wycelowała obiektyw, ustawiła ostrość i nasycenie, po czym nacisnęła przycisk. Rozległ się stukot mechanizmu i syk reakcji chemicznej, utrwalającej obraz na szklanej płytce. Pierwsze zdjęcie z Okręgów zostało zrobione. Walcząc z podmuchami zimnego wiatru, dziennikarka postawiła kołnierz peleryny i ruszyła w kierunku wyjścia.

Jej pierwszym punktem na liście miejsc do odwiedzenia był motel robotniczy, mieszczący się w Pajęczynie 34, skoncentrowanej wokół zakładów PowerEngine Inc. Planowała z tego miejsca uczynić swoją „bazę operacyjną”, jak żartobliwie dziennikarze śledczy nazywali swoje kryjówki. Ponieważ przystanek omnibusowy wyglądał na nieczynny, postanowiła udać się tam na piechotę. Już po chwili jednak żałowała podjętej decyzji. Wiatr się wzmagał, zaczął także zacinać mały, ale irytujący deszczyk. Ostre wyziewy z fabrycznych kominów opadły do poziomu gruntu, tworząc przygnębiającą warstwę mgły. Z ulicy znikali kolejni przechodnie, kryjący się w bramach budynków. Kamienice stawały się coraz wyższe i coraz bardziej zaniedbane. Niektóre okna zabite były deskami, pod murami przemykały się szczury. Mimo wczesnej pory i słabego światła latarni było ciemno jak w jesienny wieczór. Peggy ze zdumieniem zauważyła, że nowoczesne, stalowe słupy latarni z elektrycznym światłem ustępują miejsca staroświeckim lampom gazowym.

W pewnym momencie dziewczyna wyszła na mały placyk znajdujący się na pagórku, z którego roztoczył się widok na Pajęczynę. Widok był równie imponujący, co przygnębiający. Olbrzymia, betonowa konstrukcja, usiana okiennymi otworami górowała nad otoczeniem. Powietrzne mosty, spinające poszczególne budynki na wysokości szóstego, dwunastego i dwudziestego piętra tworzyły sieć do złudzenia przypominającą twór pająka. Zza betonowych murów wyłaniały się strzeliste, dymiące kominy fabryki. Stukot, syk – i kolejny widok został uwieczniony na szkle. Peggy ruszyła w dalszą drogę. Od czasu do czasu mijały ją warczące i dymiące automobile, w większości starsze modele ze śladami po licznych stłuczkach. Miejscami można było napotkać ślady dawnej świetności dzielnicy. Resztki dekoracji na fasadach budynków, miedziane posągi przedstawiające słynnych Lordów, przodowników pracy lub ucieleśnione idealne cechy idealnego społeczeństwa. Rzeźby zbyt ciężkie, by rozkraść je na złom pozostawiono na cokołach z wydłubanymi literami, mniejsze pocięto na kawałki, zostawiając jedynie wewnętrzny szkielet z drutów.

Dziennikarka dotarła do motelu. Był on swego rodzaju przybudówką do jednego z bloków Pajęczyny 34. Trzypiętrowy, pokryty odpadającym tynkiem, z resztkami miedzianych i brązowych dekoracji, ukoronowany rzeźbą przedstawiającą orła z rozpostartymi skrzydłami, docelowo miał służyć jako nocleg dla odwiedzających zakłady gości biznesowych, inwestorów z innych miast lub czasowo wynajętych specjalistów nie mieszkających na co dzień w Okręgach. Poziom przestępczości jednak skutecznie odstraszył wszystkich ważniejszych gości, którzy woleli zatrzymywać się w Downtown i dojeżdżać do zakładu opancerzonymi automobilami. Motel stał zatem prawie zupełnie pusty, strasząc ciemnymi oknami.
Hol nie przedstawiał się lepiej niż zewnętrzna fasada. Wyblakłe tapety w kilku miejscach odchodziły od ścian, z kutego żyrandola sypał się kurz, lada portiera przeżarta była przez korniki. Sam portier, starszawy, łysiejący mężczyzna z sumiastym wąsem i zaawansowaną nadwagą spał na krzesełku, donośnie pochrapując. Ubrany był w coś, co przed laty było zapewne elegancką liberią, teraz postrzępioną, krzywo zapiętą i pomiętą. Peggy podeszła do lady i zadzwoniła zaśniedziałym dzwonkiem. W odpowiedzi portier jedynie mlasnął przez sen i głośniej zachrapał.

- Ekhm… Halo? 

Odpowiedziało jej jedynie chrapanie. 

- Dzień dobry, pora wstawać! – podniosła nieco głos. Ponieważ nie odniosło to większego efektu, podobnie jak kolejna próba męczenia dzwonka, młoda reporterka weszła za kontuar i bezceremonialnie zaczęła poszturchiwać śpiocha.

- Hrmpff – portier wydał z siebie bliżej niezidentyfikowany dźwięk i otworzył oczy. Na widok stojącej przed nim kobiety gwałtownie się zerwał, co przy jego tuszy było nie lada wyczynem. Przewrócone krzesło z łoskotem wylądowało na zakurzonej, pokrytej emaliowanymi płytkami posadzce. – Tak, słucham, dzień dobry, o co chodzi?
- Dzień dobry – powtórzyła Peggy, wracając z powrotem przed ladę. – Przepraszam, że przeszkadzam w wytężonej pracy, ale chciałabym wynająć pokój na jedną… nie, na dwie noce.
Rozbudzony i wyraźnie niezadowolony z tego faktu portier ustawił krzesło do pionu. Przygładził poły liberii, odruchowo zajrzał na regał z w pełni zapełnionymi przegródkami na klucze, po czym usiadł z powrotem.
- Wolnych miejsc nie ma. – odpowiedział. – Proszę się udać gdzie indziej.
Dziennikarka spojrzała zdziwiona na regał z kluczami.
- Przecież widzę, że wszystkie pokoje są puste.
- Ale będą pełne. Ta, no… komfernencja jest. Znaczy, będzie. Komplet mamy.
- Konferencja – odruchowo poprawiła Peggy. Widząc, że mężczyzna powoli zaczyna zasypiać, szybko sięgnęła do torby i wyjęła portmonetkę. – Może jednak uda się dostać jakiś pokój? Oczywiście płacę z góry.
Portier otworzył jedno oko i znacząco popatrzył na wystające z portmonetki banknoty.
- Pierwsza noc 30 dolarów. Kolejne pięć dolców więcej.
 - Ile?! – zawołała zszokowana Peggy. Trzydzieści dolarów to była znacząca suma, za którą można było zjeść dobry obiad w porządnym lokalu w Downtown. No, może w górnym Midtown. – Przecież to rozbój w biały dzień!
- Panienko, jak panienka chce zobaczyć rozbój w biały dzień, zawsze może iść zamieszkać na ulicy. Mówiłem, komfernencja będzie. Albo panienka płaci, albo nie. Tylko informuję, że kolejny motel jest dopiero w trzydziestce dziewiątce.
Zrezygnowana dziewczyna wyjęła plik banknotów i położyła na ladzie.
 - To w takim razie tylko jedna noc. Gdzie mam się wpisać?
- Nigdzie, i tak zgubiłem gdzieś księgę gości. – odpowiedział portier, podając jej klucz do pokoju z przyczepioną żelazną plakietką opatrzoną numerem. – Pokój 221. W łazience jest woda, ciepła powinna być od siódmej rano do dziewiątej. Ewentualnie można sobie zagrzać na gazie w aneksie kuchennym. O ile jest gaz, nie sprawdzałem. Nie hałasować, nie spraszać gości. Życzymy miłego pobytu.

To mówiąc mężczyzna zamknął oczy i prawie natychmiast rozległo się chrapanie. Peggy westchnęła i ruszyła schodami w górę. Hotel co prawda wyposażony był w archaiczną, parową windę, jednak dziennikarka nie miała na tyle odwagi, by przetestować jej działanie. Po chwili zziajana dotarła na drugie piętro. Odnalazła swój pokój i po krótkiej walce z zacinającym się zamkiem weszła do środka. Tak jak się spodziewała, nie był to najbardziej wyszukany apartament w dziejach hotelarstwa. Na skromne wyposażenie składało się wąskie łóżko, stolik, dwa krzesła i aneks kuchenny z dwoma palnikami, czajnikiem i dwoma metalowymi kubkami. Łazienka była małą, brudną klitką z umywalką, sedesem i prysznicem z podwieszonym nad nim zbiornikiem na wodę. Peggy położyła na łóżku neseser, notatki rozłożyła na stoliku, uchyliła okno, by wywietrzyć niemiły zapach dawno nie wietrzonego pokoju i zajęła się planowaniem dalszych działań.

7 komentarzy:

  1. Czy historie przedstawione na tym blogu są w jakiś sposób połączone?

    Dzięki także za odwiedzenie mojego bloga, choć tak na prawdę nie wiem co w nim widzisz, chyba że czytałeś tylko końcówkę, to wtedy to zrozumiem ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Historie jak na razie nie są połączone, ale dzieją się w tym samym świecie.

      Usuń
  2. Gangi nieoficjalnie przejmujące kontrolę nad dzielnicami - obecne także w cyberpunku. Tak, porównuję swój ulubiony gatunek z dieselpunkiem.
    Masz trochę literówek, ale to tylko efekt uboczny pisania. Da się naprawić.
    Opis motelu przypominał mi opisy starych domów z horrorów. Wzmagający się deszcz spotęgował we mnie wrażenie, że dziewczyna zapuszcza się w naprawdę nieprzyjazne okolice.
    Lubię to opowiadanie.
    A.J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Literówki? Szlag, myślałem, że wszystkie wyłapałem przy korekcie... Porównanie obu gatunków wskazane, bo zasadnicza idea jest nieco podobna, rożni się tylko stylizacja. Inna sprawa, że ten mój dieselpunk wyszedł mi trochę bardziej dystopijnie niż chciałem.

      Usuń
  3. "Na stację „Okręg 3/7/1” dodała równo o czasie", powinno być chyba dotarła, ale mniejsza o to. Super opowiadanie : ]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, już poprawione. Dzięki za czujność :)

      Usuń
  4. No, w końcu wróciłam po więcej.

    Podoba mi się, że historia opowiadana jest z perspektywy Peggy. Mam wrażenie, że w tekstach klimatów -punkowych wszelakich rzadko bohaterkami są kobiety. Ponadto, jak na razie, świetnie dopasowujesz otoczenie i fabułę do postaci żeńskiej. Czyta się to bardzo przyjemnie, aczkolwiek tempo opowieści jest bardzo wolne, w tej części nieporównanie wolniejsze od poprzedniej.

    No właśnie, jedynym, do czego mogę się przyczepić to tempo, ale to po prostu kwestia gustu, bo lubię czytać bardziej dynamicznie :)

    OdpowiedzUsuń